Pokazywanie postów oznaczonych etykietą impresje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą impresje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 listopada 2014

Mamy mieszkanie...

...no, może jeszcze nie mamy, ale dostaliśmy umowę do podpisania.
Tak więc kilka ciekawszych informacji jak się szuka mieszkania w Szwajcarii:

  • po znalezieniu ogloszenia, nalezy sie zglosic do wlasciciela z pytaniem kiedy mieszkanie mozna ogladnac (czasem jest to napisane w ogloszeniu, ale nie zaszkodzi potwierdzic),
  • przy ogladaniu dostaje sie formularz, ktory nalezy wypelnic jesli sie jest zainteresowanym. W formularzu musimy podac miedzy innymi:
    • gdzie pracujemy,
    • nasze zarobki (jesli zarabiamy za malo wlasciciel moze nam odmowic mieszkania, jesli za duzo - rowniez, bo przeciez to mieszkanie moze byc wynajete przez kogos biedniejszego),
    • ile osob bedzie mieszkac (mozemy sie spotkac z odpowiedzia: "to mieszkanie bedzie dla was za male"),

I co ciekawszego mamy w umowie (w sumie 12 stron):
  • w mieszkaniu mozemy hodowac chomika bez zadnych problemow. Zeby miec kota, konieczna jest pisemna zgoda wlasciciela. Na chodowanie wezy, skorpionow i innych tego typu zwierzat nie ma i nie bedzie zgody,
  • mieszkanie nalezy regularnie (codziennie) wietrzyc, otwierajac wszystkie okna na osciez na kilka minut,
  • w mieszkaniu NIE mozna suszyc prania. Do tego sluzy suszarnia w piwnicy (oczywiscie pralki rowniez znajduja sie w piwnicy i sa wspolne dla ok. 5 mieszkan),
  • kaucja za mieszkanie znajduje sie na rachunku bankowym do ktorego dostep ma wlasciciel, ale roczne odsetki mamy dostawac na nasze konto (w końcu to nasze pieniądze :-),
  • wszystkie rzeczy w piwnicy muszą być w odległości co najmniej 5 cm od ścian - żeby był obieg powietrza,
  • właściciel nie ponosi odpowiedzialności za dokumenty, które ulegną zniszczeniu w piwnicy (wilgotność, etc.),

A przykładowo znajomy zrezygnował z mieszkania jak dostał w umowie zapis, że "nie może posiadać/kupić samochodu", bo pod blokiem i w okolicy nie ma miejsc parkingowych... :-)




Na koniec jeszcze ciekawszy link o dziwnych prawach w Szwajcarii (wiekszosc z nich i tak nie dziala :-) http://www.newlyswissed.com/11-weird-swiss-laws/

sobota, 4 lutego 2012

Tongariro Release

Co kilka miesięcy na Tongariro puszczana jest woda z elektrowni (cała rzeka jest zaporowana i wykorzystywana w gigantycznym projekcie elektrowni wodnych). Jako że odcinek Access 10 jest mało ciekawy, plan był na Huka Falls, niestety zapora puszczająca wodę na tym odcinku wybiła nam to z głowy (przez cały weekend szło 100-150 kubików, trochę dużo jak na pierwsze spłynięcie :-)

Tak więc sobotę spędzilismy na odcinku Access 10 (z obowiązkową wieczorną wizytą na gorących źródłach), a niedzielę na dużo ciekawszych Access 14 i 13. 

Pierwsza katarakta na Access 14



Tree Trunk Gorge - widok z dołu

Pillars of Hercules

Nie wszyscy wyszli bez szwanku :-)


Nad rzeką odgłosy lata - cykady zagłuszające szum wody :-)



Hot Pools



W poniedziałek urocza, łatwa rzeczka Waihohonu, z ciekawą rozgrzewką na Ohinepango Stream (szkoda że tylko 300 m).

Ohinepango Stream

Ohinepango Stream - końcówka






Waihohonu


Didymo
Didymo to jakiś amerykański glon, sprowadzony (chyba przypadkiem) na Koniec Świata w okolicach 2004 roku (a przynajmniej wtedy go zauważono). Od tego czasu zaczął on opanowywać coraz więcej rzek - teraz jest obecny w większości rzek na Południowej Wyspie; na Północnej jeszcze go nie odnotowano, ale wszyscy uważają że to tylko kwestia czasu. Niesamowite jest tempo, w jakim Didymo przenosi się pomiędzy rzekami i "zaraża" całe rejony. Niestety pomagają mu w tym zarówno podróżnicy, wędkarze, jak i kajakarze.
Aby skutecznie chronić się przed Didymo (czyt.: spowolnić proces przenoszenia go na pozostałe rzeki), należy wszystkie rzeczy, które miały styczność z wodą z rzeki wyprać w detergencie a następnie dobrze wysuszyć przez co najmniej 48 godzin. Wydaje się że proste, ale kto myśli o praniu wszystkich rzeczy po przepłynięciu rzeki (i umyciu kajaka)?
Jako że woda na Tongariro jest puszczana z elektrowni specjalnie dla kajakarzy (których zjeżdża się tu cała masa), na początku odcinka pojawiła się pani z Department of Conservation (DoC) przepytująca wszystkich gdzie ostatnio pływali, czy wyczyścili sprzęt, i rozdająca pojemniki z detergentem, gdyby ktoś czasem zapomniał.

Didymo. Check, Clean, Dry.
Najsmutniesze jest to, że tak naprawdę każdy zdaje sobie sprawę, że jest to walka z wiatrakami - patrząc na to, że Didymo w ciągu 8 lat potrafiło opanować praktycznie całą Wyspę Południową, z pewnością wkrótce pojawi się i na Północnej. Niestety ciągle nie wynaleziono skutecznej walki - pozostaje tylko prewencja.

wtorek, 3 stycznia 2012

Routeburn Track

Na Routeburn Track wyruszamy późnym wieczorem - tak żeby jeszcze za jasności gdzieś dojść i pozostałą część trasy zrobić dnia następnego. Na miejsce podrzuca nas autostopem szalony Niemiec (oczywiście, bo większość turystów tutaj to Niemcy), który dzień wcześniej skakał na 132 metrowym bungee i cały czas o tym opowiada :-)

W drodze na Routeburn Track
Routeburn Track to trasa opisywana na 2-4 dni, łącząca Mt Asporing National Park i Fiordland National Park. Najwygodniej zostawić samochód w Queenstown, i na początek dostać się autostopem, i w podobny sposób można wrócić.

Dobrze że ciemno się robi dopiero tuż przed 22, bo akurat dochodzimy w sensowne miejsce.


View New Zealand in a larger map



Szukanie miejsca na biwak

Poranek w górach

Śniadanie o 7 rano

W połowie szlaku znajduje się schronisko w którym można nocować tylko w przypadku nagłego zagrożenia (emergency shelter). W środku informacje o tym po angielsku i czesku (w tym informacja o mandacie tylko po czesku :-).

Uwaga: Czesi :-)





Panorama Darran Mountains


Lake Mackenzie

Na końcu próbujemy się jeszcze dostać na nocleg do Milford Sound (żeby na drugi dzień obejrzeć legendarne południowe fiordy), niestety żaden samochód nie chce nas tam podrzucić (nasz został w Queenstown, a wieczorem wszyscy wracają z Milford). Tak więc na wieczór lądujemy w Te Anau.


Dlaczego nie udało się popływać na West Coast...

Trasy turystyczne
Niesamowite jest, jak bardzo jest tutaj rozwinięta turystyka, w tym także turystyka górska. Parki narodowe są praktycznie w każdym ciekawym miejscu. Co więcej, panują tu trochę inne zasady niż w Polsce - przykładowo w parku narodowym można biwakować gdzie się chce, a także chodzić poza trasami. W każdej "większej" miejscowości turystycznej są punkty informacyjne, w których można kupić mapę, lub broszurkę z informacjami o wszystkich trasach w regionie (i taka broszurka kosztuje grosze - 2-3 dolary, jest także do ściągnięcia on-line ze strony DOC). Fajnie że w punktach informacyjnych są ludzie, którzy rzeczywiście chodzą po tych trasach, bo mogą udzielić naprawdę przydatnych informacji (np. "tutaj uważajcie jeśli będzie padać bo są śliskie skały").

Trasy turystyczne (tzw. walki) można tu podzielić na kilka kategorii:

  • trasy dla niedzielnych turystów, którzy chcą po prostu się przespacerować i dojść w jakieś ładne miejsce. W broszurkach opisane są praktycznie wszystkie ścieżki - np. 20 minut do jakiegoś tam wodospadu.
  • trasy dla niedzielnych turystów, którzy mają trochę kondycji - tu są przeważnie trasy jednodniowe, prowadzące na ciekawsze punkty widokowe (np. Alex Knob Track przy lodowcach).
  • great walki - opisywane jako "najpiękniejsze trasy w NZ", a tak naprawdę są to przeważnie po prostu dobrze przygotowane trasy dla osób, które za bardzo nie wiedzą gdzie iść. Na trasach są dobrze wyposażone chatki (gaz, nawet prąd, łóżka, woda, przewodnik opowiadający wieczorem o trasie). Aha, noclegi na great walkach są strasznie drogie (w chatce nawet $45, na kempingu $15), a biwakowanie poza trasą jest zabronione.
  • trasy kilkudniowe dla osób, które chcą i potrafią sobie same zaplanować czas i mają trochę więcej sprzętu (np. palnik gazowy) - to już trasy trochę trudniejsze, i wypada mieć jako taką orientację w terenie. Na trasie są różnego rodzaju chatki, więc przeważnie nie trzeba brać namiotu. W wyższych górach (np. Mt Aspiring National Park), takie trasy przeważnie wiodą dolinami lub przełęczami.
  • powyżej tego pozostaje wybór własnej trasy (nie opisanej w materiałach DOC) i jest to już raczej zabawa dla doświadczonych osób, gdyż szlaków po prostu nie ma :-)

wtorek, 6 grudnia 2011

Taranaki - Giewont Północnej Wyspy

zaległości: 23 października 2011

Wypożyczenie samochodu
Niestety jeszcze nie udało nam się kupić samochodu, więc żeby gdzieś wyjechać szukamy wypożyczalni. Wypożyczalnie są tutaj bardzo popularne i nie kosztuje to zbyt wiele. Z formalności pozostaje tylko podanie numeru karty kredytowej (żadnego spisywania dokumentów, paszportu, etc.) i odebranie kluczyków. Jako jedyny dokument potwierdzający że mamy prawo do tego samochodu dostajemy świstek z umową.
Nieco martwiący jest brak ubezpieczenia OC w standardowej cenie (OC jest tutaj nieobowiązkowe, więc i tak sporo osób go nie ma) - żeby mieć OC trzeba dopłacić drugie tyle. No cóż - musimy uważać :-)

Taranaki
Taranaki (Mt Egmont) to najpopularniejsza góra na Wyspie Północnej, i podobnie jak u nas na Giewoncie, jest tam najwięcej wypadków. Jest ona o tyle ciekawa, że jest to samotnie stojący wulkan, a wokół jest praktycznie płasko jak na stolnicy.
Na miejsce przyjeżdżamy wieczorem. Wszystko pozamykane na głucho. Przyzwyczajeni do "austriackich" warunków biwakowania, znajdujemy jakąś niewielką, schowaną polankę 10 minut od zabudowań i rozbijamy namiot. Rano wstajemy wcześnie żeby nas nikt nie złapał. Za to pół godziny później miły pan w informacji mówi że spokojnie można tu biwakować, ale tylko jeden dzień.... I wcale nie trzeba się chować :-D
Pierwszego dnia podchodzimy na Panitahi - niższy szczyt Taranaki. Podejście po terenie wulkanicznym - dwa kroki do przodu, jeden w tył po obsuwającym się żwirze.

Droga przez busz

Podejście na niższy szczyt

Dwa kroki w górę i jeden wstecz

Na Panitahi



Symes Hut - na szczycie Panitahi

Drugiego dnia próbujemy dostać się na główny szczyt Mt Egmont. Niestety śniegu jest trochę dużo, dość stromo, a raki zostały w Krakowie. Spróbujemy innym razem.


Wyżej już się dziś nie uda

Lunch pod wulkanem

W oddali Mt Doom i Tongariro

Taranaki z oddali
Oposy
Jadąc na Taranaki już w nocy, na drodze w parku spotkaliśmy kilka spasionych oposów - oślepione światłami samochodów stawały na środku drogi lub wyłaziły na drzewa. Przy wejściu do parku wszędzie można się spotkać z ostrzeżeniami o pułapkach i trutkach na oposy. Okazuje się, że jest to jedyny kraj, w którym oposy nie tylko nie są pod ochroną, ale należą do najgroźniejszych szkodników - jako że nie mają tutaj żadnych naturalnych wrogów, ciężko się ich pozbyć (i przy okazji niszczą lokalne zwięrzęta których tu zawsze było najwięcej - ptaki). Za to dzięki temu można w sklepie kupić sweterek i rękawiczki z futra oposa.

Pułapka na oposy

piątek, 2 grudnia 2011

Tararua Forest Park - Mt Holdsworth Jumbo Circuit

Tararuas to najbliższe Wellington pasmo górskie. Nie wygląda na zbyt popularne turystycznie, gdyż nie ma tam "nic spektakularnego" i nie wiedzie tamtędy żaden z Great Walków. Góry nie są zbyt wysokie (najwyższy szczyt Mitre ma 1570 m. n.p.m.), a charakterem przypominają nasze Tatry Zachodnie, tyle że trochę są większe.
Na początek wybraliśmy trasę Mt Holdsworth - Jumbo Circuit - dobra na rozgrzewkę po ponad miesiącu zasiedzenia w Wellington :-) Opisywana na 2-3 dni, więc plan był żeby zacząć w piątek wieczorem i zakończyć w sobotę lub niedzielę.

View NZ - Tararuas in a larger map

Na miejsce dojechaliśmy w piątek wieczorem i postanowiliśmy dojść do najbliższej chatki (tutejsze schroniska) jeszcze nocą - 3 h. Po dojściu (i przeżyciu ataku przez ćmę wielkości pięści :-) na miejsce okazało się, że cała chatka jest do naszej dyspozycji.


Poranek w Atiwhakatu Hut
W sobotę trasa przez Jumbo Peak i Mt Holdsworth - udało się całość zakończyć późnym popołudniem.

Droga przez busz

W poszukiwaniu Entów



Tu też zaufanie ma swoje granice :-)

Powyżej Jumbo Hut


Prawie jak Tatry Zachodnie

W drodze na Mt Holdsworth


Mt Holdsworth


Powrót

Po powrocie okazało się że przegapiliśmy największe trzęsienie ziemi w okolicy od 45 lat... Chyba byliśmy wtedy w samochodzie...

Schroniska górskie
Turystyka górska na obu wyspach jest bardzo rozwinięta - w sumie nic dziwnego, gdyż jest to jeden z elementów przyciągających turystów. Niesamowite jest to, jak rozbudowana jest sieć schronisk, zwanych tutaj chatkami (Hut). Są one porozmieszczane po górach (i to praktycznie wszędzie, nie tylko w tych najpopularniejszych rejonach) co kilka godzin drogi, dzięki czemu większość z tras można zrobić idąc w różnym tempie. Przykładowo na opisywanej wyżej pętli natrafiliśmy na 3 chatki, oddalone od siebie o 2-4 godziny - przez co trasa jest opisywana nawet na 3 dni, dla osób które nie chcą się przemęczać.
Chatki dzielą się z grubsza na 2 kategorie: standardowe, w których znajdują się prycze z materacami oraz woda pitna, i serwisowane, w których dodatkowo są jeszcze kuchenki gazowe.

Standard Hut

Różnica w cenie jest dość istotna - nocleg w standardowej kosztuje 5 dolarów, a w serwisowanej - 15 (ale biorąc pod uwagę że kawa kosztuje NZ$5, to i tak są bardzo tanie). Co ciekawe, często w takich chatkach nikogo nie ma (zwłaszcza w standardowych), a opłatę należy uiścić w formie biletu zakupionego wcześniej w biurze DOC. Aha, nie ma oczywiście prądu, więc warto ze sobą nosić kilka świeczek :-)

Bilet do chatki

W miejscach, w których nie ma zbyt wielu turystów nie ma praktycznie potrzeby rezerwacji miejsc, natomiast nieco inaczej jest na tzn. Great Walkach - tamte chatki są już dużo droższe i często konieczna jest rezerwacja.

Na trasie można także spotkać tzw. shelters, które mogą zapewnić schronienie w przypadku złej pogody.

Mountain House Shelter